poniedziałek, 2 marca 2015

Walencja

Placa de la Seu, katedra w Walencji
Stare Miasto w Walencji: katedra, Muzeum Ceramiki i Virgen de los desamparados

Piel de Mariposa
Moje nowe życie jest „nowe” dlatego, że nie jest to zwykła podróż czy zwiedzanie. W Walencji (poza tym, że mam dom i jestem jakby członkiem rodziny) zaczęłam PRACOWAĆ. Co prawda jest to praca wolontariusza, 3-4 godziny dziennie, ale sprawia, że tworzę sobie tu nową rzeczywistość. Kupiłam kartę na rower miejski i codziennie muszę tam być :p.
Znalezienie wolontariatu w takim wymiarze na odległość nie należało do najprostszych. Zaczęłam od pisania do paru organizacji znalezionych na EVS (EuropeanVoluntary Service z Erasmus + Młodzież;)) database i w samym internecie. Później trafiłam na dobrą stronę hacesfalta.org gdzie hiszpańskie NGO zamieszczają oferty pracy pełnoetatowej i tej dla wolontariuszy. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość - przez pierwsze 2 tygodnie myślałam że poniosłam porażkę... aż zaczęły napływać odpowiedzi. Odpowiedział Czerwony Krzyż, dwa sklepiki sprzedających rzeczy second hand na dobre cele (charity shop) i organizacja dla biednych, jednak w tym przypadku już dalej nie wnikałam co oznacza, że jedynym stanowiskiem które mogą mi zaoferować jest miejsce w pralni w środy i czwartki. Odezwałam się do AIDY – księgarni przeznaczającej zebrane pieniądze na operacje kardiochirurgiczne ghanijskich dzieci i Debry-Piel de Mariposa, która jest międzynarodową organizacją zbierającą pieniądze na rzecz dzieci z pęcherzowym oddzielaniem się naskórka (epidermolysis bullosa). Z maili ostatecznie nie wynikło nic, poza tym, że mam zadzwonić kiedy już dotrę do Hiszpanii (czego oczywiście panicznie się bałam, bo hiszpańskiego jakby nie było uczę się od pół roku).
Bioparc Valencia w miejscu dawnego zoo

W dzień po przyjeździe postanowiłam stawić się w obydwu miejscach osobiście i o ile nic nie wskórałam w AIDzie o tyle w Debrze odniosłam pełne zwycięstwo - wpisałam się na listę wolontariuszy i już kolejnego dnia o 17:00 byłam w sklepie (no, nie do końca, bo otwarcie zawsze następuje z lekkim poślizgiem, a ja jestem za wcześnie, przechowywuję się więc w pobliskim supermarkecie, który nie ma przerwy). Sklep jest otwarty od 10 do 14 i od 17 do 20. Posiada tylko 2 stałych pracowników, a reszta to wolontariusze, którzy też bardzo często sami przynoszą niepotrzebne im rzeczy. Na tym właśnie polega charity shop – ludzie (i nie tylko, bo dziś na przykład sporą darowiznę przekazał El Corte Ingles, czyli taka hiszpańska Galerie Lafayette) przynoszą nieużywane ubrania, książki i sprzęty, które są od razu sprzedawane, a dochód przeznaczany na cele statutowe. W tym przypadku na działalność pielęgniarek, fizjoterapeuty i inne niezbędne dzieciakom rzeczy.
Albufera de Valencia

Poza szczytnością idei, miałam dwa cele w takim zatrudnieniu. Po pierwsze chciałam zobaczyć jak taki sklep funkcjonuje, bo boli mnie serce kiedy myślę o tym, że komercyjne second handy w Polsce kwitną podczas gdy mogłyby wyglądać tak samo, robić to samo, a pieniądze przeznaczać na coś dobrego (zamiast stanowić całkiem niezły biznes). Już kilka charity shopów w Polsce jest – z tego co wyczytałam prowadzi je organizacja Sue Ryder, Emmaus i parę innych – można je znaleźć w internecie i Warszawie, Bydgoszczy oraz Ciechanowie. Wciąż jednak daleko nam do Anglii, gdzie charity shopów jest kilka nawet w jednym, małym miasteczku.
Drugim celem była nauka hiszpańskiego, z tym jest trochę gorzej. Ponieważ - jak wielu początkujących - wstydzę się mówić, większość czasu spędzam na niemym prasowaniu, sortowaniu, metkowaniu i przysłuchiwaniu się rozmowom innych (co też może pomóc). Mam jednak nadzieję, że z czasem będzie lepiej:).
Plaza de la Reina
Skoro już jestem w Walencji na dłużej, myślałam że mogłabym w końcu napisać coś o niej. Do pisania o Walencji trochę brakuje mi serca – za często i w zbyt pokawałkowany sposób tu bywam – mam jednak nadzieję, że przynajmniej zdjęcia się spodobają.
Torres de Quart
Walencja jest trzecim co do wielkości miastem Hiszpanii, jednak nie utrzymuje swojej pozycji jeśli chodzi o wzbudzanie zainteresowania wśród turystów. Z pewnością jest w Hiszpanii wiele bardziej zabytkowych miast, ale sama Walencja też ma swoich zwolenników. Największą ich grupą są najprawdopodobniej Erasmusi – Walencja stanowi największe ich zagęszczenie w całym kraju.
Samo miasto jest według mnie bardzo przyjemne do życia (nie licząc morderczych temperatur w środku lata i braku ogrzewania w większości mieszkań w zimie, kiedy temperatura mimo wszystko potrafi w nocy niebezpiecznie zbliżyć się do zera). Jednym z moich największych zaskoczeń, kiedy trafiłam tu po raz pierwszy, było to że wśród zwykłych bloków w okolicach alei Blasco Ibanez można znaleźć dziesiątki knajpek i klubów, przyciągających głównie mieszkających tam studentów. Wieczorem nie ma tam gdzie zaparkować, a większość pubów i klubów jest pełna ludzi. Bloki nie są więc smutne, tak jak dość smutna jest Nowa Huta, Tysiąclecie czy Środula, gdzie jedyne usługi to magiel i melina dla panów spod bloku.
Kolejnym niezaprzeczalnym atutem Walencji jest dawne koryto rzeki Turii (które zwykle było wyschnięte, a później z nagła rzeka zalewała całe miasto) przekształcone w świetny park - Jardin del Turia - ciągnący się wzdłuż całego starego miasta (ponad 6 kilometrów zieleni!). W parku jest wszystko o czym możne marzyć każdy miłośnik sportu i zieleni, a nad nim wciąż podziwiać można kolejne mosty.
Ostatnim z miłych akcentów wyróżniających Walencję jest plaża - mająca pół kilometra szerokości i będąca wyposażona w elementy tak prozaiczne jak prysznice (czego nie można powiedzieć o większości plaż we Francji, gdzie albo jest wąsko, albo kamienie, albo absolutna dzikość natury, która oczywiście też ma swoje plusy).
Puente del Real, Jardin del Turia, Valencia
Jardin del Turia, Valencia
Miasto jest najbardziej znane z Fallas, święta ku czci świętego Józefa, ale o tym później, bo między innymi dlatego przyjechałam tutaj właśnie teraz.
Jednym z najbardziej promowanych „must see” i dość nowym znakiem rozpoznawczym Walencji jest wybudowane w korycie rzeki ogromne Miasto Sztuki i Nauki (Ciudad de las Artes y las Ciencias). Kompleks jako wielka inwestycja i śmiały projekt ma zarówno swoich zwolenników i przeciwników (obecnie chyba więcej tych drugich). W jego skład wchodzi spory IMAX w kształcie kuli, największe oceanarium w Europie, Muzeum Nauki i parę innych budynków. Dla mnie całość kompleksu jest godna uwagi, tak samo jak muzeum nauki, które posiada całkiem niezłe ekspozycje (na przykład o wszystkich 23 chromosomach z których każdy miał swój własny punkt!). Można tam też zobaczyć aksolotle meksykańskie, które widziałam na żywo po raz pierwszy w życiu :).
Stare miasto nie jest może duże, ale całkiem dobrze zachowane. Wikitravel poleca spacer w dzielnicy Carme, ale w zasadzie wszędzie można natknąć się na coś ciekawego – tu zaskoczy brama pamiętająca panowanie muzułmańskie, tam XIII-wieczny kościół Zakonu Szpitalników. Najważniejsza w obrębie starego miasta jest katedra, z której wieży można oglądać panoramę miasta. Tuż obok znajduje się mniejszy kościół przeznaczony dla figury matki boskiej - Virgen de los desamparados, patronki Walencji, której święto obchodzone jest w maju.
W całym mieście porozrzucane jest wiele tradycyjnych targów, które też warto zwiedzić.
Jak każde większe hiszpańskie miasto jest tu też Plaza de Toros dla miłośników i tych zastanawiających się jak wygląda walka z bykiem. Najwięcej walk odbywa się w lipcu podczas Feria de Julio i Las Fallas. Poza sezonem Plaza de Toros jest wykorzystywany do organizacji koncertów lub choćby, tak jak we wrześniu zeszłego roku, Oktoberfestu :).
Walencja znana jest też z porcelany, jej muzeum (Museo Nacional de Cerámica y Artes Suntuarias González Martí) mieści się w przepięknej kamienicy na starym mieście. Można się też wybrać do fabryki Lladro która wciąż produkuje porcelanę znaną w całej Hiszpanii. Niestety jeszcze nie udało nam się tam dotrzeć.
Podczas meczu FC Barcelona - Levante UD deszcz prawdziwym fanom niestraszny (ale ja prawdziwym fanem nie jestem!)
Miasto może się też pochwalić zabytkiem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO, którego również nie udało mi się jeszcze odwiedzić, co potwierdza, że Walencji tak naprawdę porządnie nie zwiedziłam :p. La Lonja de la seda (dawny targ jedwabny) jest opisywany jako jeden z najlepiej zachowanych późnogotyckich budynków w Hiszpanii. Jak ujawnia jednak wikitravel istnieją wątpliwości co do autentyczności gotyckich wnętrz (przy braku wątpliwości co do tego, że fasada zewnętrzna została wielokrotnie przebudowana w późniejszych czasach).
Cabanyal, XIX-wieczna dzielnica rybacka zagrożona przez nowe plany urbanistyczne
Cabanyal, Valencia
Najbardziej urokliwą stroną Walencji jest według mnie jej stara, niska zabudowa, którą można zobaczyć przede wszystkim w okolicach biednej, zapuszczonej dzielnicy Cabanyal i "lepszym" Benimaclet (który może się też pochwalić polskim sklepem "Żubr", zajmującym zaszczytne miejsce wśród polskich instytucji na stronie konsulatu honorowego RP w Walencji :)). Kamienice w obrębie starego miasta są oczywiście piękne, starsze i jak najbardziej godne podziwu, ale daleko im do czaru tych uliczek pełnych maleńkich, czasem parterowych domków.
Paella na wynos jak trzeba
Miłą ucieczką za miasto jest wyprawa nad Albuferę – nadmorskie jezioro (o średniej głębokości 1 metra!), będące największym przedstawicielem danwych słonowodnych jezior w okolicach Walencji. Od XVII wieku jezioro stało się słodkowodne wskutek nawadniania okolicznych pól ryżowych i odprowadzeń wielu kanałów do zbiornika. Jezioro można zwiedzić jedną z łódek czekających na przystani przy głównej drodze.
Jeśli jestem już przy ryżu nie mogę zapomnieć o podstawowym daniu – Paelli. Paella valenciana jako główne składniki ma kurczaka i królika, chociaż wielu lubi podkreślać, że jako danie ubogich pierwotna forma zawierała odpowiednio kaczkę i szczura z Albufery.
W kwestii napojów, za typowo lokalną uchodzi horchata de chufa. Jak wyedukowała mnie wikipedia chufa to cibora jadalna (migdał ziemny). Pije się ją głównie w lecie, jest słodka, gęsta i w kolorze szarego mleka. Całkiem dobra, ale jakoś dziwnie się ją pije.
Hemispheric w Ciudad de las Artes y las Ciencias 

Poza tymi dwoma specjałami okazuje się że istnieje wiele innych walencjańskich specjalności których listę możecie znaleźć tu. Niedawno jadłam leche merengada – polecam :)!
Barri del Carme i nadmorski deptak na którym w upalne noce można spotkać pikniki pełną gębą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz